coraz bliżej święta

Coraz bliżej święta…

Chwała na wysokościach,

a w naszych głowach i portfelach niezły bajzel. Wiecie, jak to jest – co roku obiecujemy sobie, że zrobimy zakupy prezentowe w październiku, NAJPÓŹNIEJ w listopadzie. Legenda głosi, że rzeczywiście niektórzy tak robią, ja jednak osobiście na oczy takiego fenomenu nie widziałam;)

Prawda jest taka,  że większość z nas budzi się w któryś z pięknych grudniowych poranków. Zlani potem próbujemy otrząsnąć się z nocnego koszmaru, w którym to uciekaliśmy przed krwiożerczą choinką wołającą dudniącym głosem”Dej prezenty! Mam chorom bombke, dej!”. I wtedy właśnie zdajemy sobie sprawę, że zegar tyka a firmy kurierskie mają roboty po pachy, więc trzeba osobiście udać się do najbliższego przybytku konsumpcyjnego Babilonu i coś w końcu zakupić.

A tam: pandemonium.

Ludzie, co tam się dzieje przed świętami. Na początku wszystko wygląda nieźle. Nastrajasz się bojowo, mówisz sobie: „Dam radę! jupikajej madafakas, nadchodzę!”, wypinasz biust i ruszasz w tango. Nabierasz rozpędu niczym pegaz, ale i tak już za chwilę wpadasz w ławicę sardynek – takich samych jak ty rybek do złowienia. Bombardują cię dekoracje i wykrzykniki z plakatów, obiecujące rekordowe świąteczne rabaty (od podniesionych cen, ale tego już wykrzykniki nie mówią). Na dodatek spec od markietingu – pies go j… ekhm – rozkręcił ogrzewanie na pełen zycher, żebyś musiała zdjąć kurtkę i niechętnie myślała o wyjściu w zimną ciemność poza Babilonem. Więc zdejmujesz tę pieprzoną kurtkę no i wiadomo, że musisz wziąć wtedy większy koszyk, bo inaczej wszystko byś musiała nosić w rękach. Przez chwilę walczysz ze sobą, ale w końcu machasz ręką: „masz złamasie, to twoja chwila triumfu.  Zapracowałeś na swoją świąteczną premię za osiągnięcie kejpiajów.” I bierzesz ten druciany czołg (czy tylko ja zawsze trafiam na taki z krzywym, skrzypiącym kółkiem?).

Nie dajesz się zbić z tropu, suniesz. Znosi cię trochę na lewo (przez to krzywe kółko), ale nic to. Półki pełne dobra zdają się hipnotyzować, ale nie dajesz się. Mamroczesz pod nosem zaklęcia: „Przyszłam po puzzle, lukier do pierników i papier. Przyszłam po puzzle, lukier do pierników i papier. Przyszłam po…” –  i brniesz. Niezłomna niczym Rambo. Niewinna jak Joanna D’arc. Skupiona kapitan Żbik. Wiesz po co tu jesteś, zamierzasz to dostać i wycofać się na z góry upatrzone pozycje.

Ale nie przewidziałaś jednego – to jest dżungla. Tutaj rządzi silniejszy. Nieświadoma kierujesz się na dział z dodatkami cukierniczymi a tu nagle jeb! kuksaniec z lewej i bach! fanga z prawej. Rozglądasz się zdezorientowana i wtedy dopiero widzisz, że w swoim rozkojarzeniu stanęłaś na drodze narodu do wyjątkowych okazji. Babcia w zielonym berecie i cycata blondi w bikejkach mkną niczym wyścigowe konie do półki z przecenionymi rękawicami gumowymi, a za nimi gęsto ściele się trup. Pach! blondi wjechała koszykiem w jakieś dziecko – babcia wykorzystuje to i zręcznie lawirując pokonuje ostatni wiraż, łapiąc od razu trzy paki. Na jej twarzy widać triumf, posyła cycatej spojrzenie pełne wzgardy i kuśtyka dalej, przekierowując uwagę na sardynki w puszce za 3,99 PLN (jeśli weźmiesz trzy sztuki i masz kartę stałego klienta). Cycata wzdycha pokonana – na szczęście zostało jeszcze 3589 opakowań rękawic, więc i ona też sobie coś chyba wybierze. Ale będą to gorzkie rękawice przegranej.

Niezrażona kontynuujesz rajd, powtarzając swoją mantrę (puzzle, lukier, papier, puzzle, lukier, papier).  Inni konsumenci (rymuje się z konkubenci – przypadek? nie sądzę!) patrzą na ciebie spode łba, próbując ocenić co kupiłaś i czy oni również powinni to nabyć. Pracownicy sklepu są niczym elfy: podobno noszą czerwone stroje i ich celem jest pomagać, ale tak naprawdę to nikt ich nigdy nie widział.

Ale nic to, dżingle bels i do przodu. I zapowiada się, że już już będzie nieźle, minęłaś bez szwanku zestawy dezodorantów i pianek do golenia oraz sprytnie wyeksponowane biustonosze z noskami reniferów wiadomo gdzie. Zapowiada się na sukces, ale niestety nagle twój wzrok pada na torciki wedlowskie, 9.98 PLN (jeśli weźmiesz 2 sztuki). I nagle jeb, marketingowa papka wchodzi Ci na neuroprzekaźniki. Czujesz zapach domowej choinki, ciepło i aromaty bijące od kuchni, oczami wyobraźni widzisz mamusię – taką młodą – w czerwonym fartuszku z rękami całymi w mące. Słyszysz w tle świąteczne kolędy ze składanki Ireny Santor i jak mama woła do taty: „Puknij się w łeb! Ja go na pewno nie zabiję!” i czujesz tę rodzinną błogość, bezpieczeństwo i posmak cynamonu…

2 godziny później budzisz się na parkingu z koszykiem wyładowanym trzema zestawami bombek, czterema świecznikami, paczką kubków z motywem śnieżynki, pełnym strojem Mikołaja i czapką Elfa, 12toma tabliczkami czekolad w 4 rodzajach (bo przecież po 1,99 jeśli weźmiesz trzy sztuki a się zje się, co nie?) i zapasem orzechów dla pułku wojska. Bez puzzli, lukru do pierniczków i papieru pakowego.

Sami przyznacie, że nie są to warunki do kupowania prezentów, zwłaszcza dla dzieci. Pocieszę was jednak – niezależnie od tego kiedy tych zakupów dokonujemy, możemy wpaść w pułapkę i nabyć prezenty o randze: słabiaki. Aby pomóc wam tego uniknąć przygotowałam krótki spis najgorszych prezentów dla dzieci.

Badziew

Plastikowe laleczki, które za chwilkę się rozpadną a ich kończyny stworzą opuszczone cmentarzysko w kącie dziecięcego pokoju. Pianinka z Chin, w których nie ma ani jednego niezafałszowanego dźwięku – za to są same głośne.  Mini stół bilardowy z kiosku. Interaktywne gąsienice, które co prawda gadają dużo, ale głównie bez sensu, bombardując niepoprawnym szykiem zdania i absurdalnym akcentem (smaczek dla fanów Łony;)).

Ubrania

Umówmy się – ubranie to nie prezent dla dziecka. To prezent dla rodzica. O ile jeszcze niemowlakowi wszystko jedno, o tyle dla dzieci 2+ jest to prezent zakazany. Do podarunków ubraniowych wracamy w wieku, gdy życie jest już tak szare i przaśne, że ucieszą ich nawet ciepłe skarpety albo krawat w mikołaje. Czyli gdy sami zostaną rodzicami.

Perkusja

I inne instrumenty muzyczne nieuzgodnione z rodzicami to tabu. Nie istnieją. No, chyba że owych rodziców nie lubimy – wtedy jak najbardziej. Zestaw perkusyjny i klarnet z Chin polecam.

Zwierzę.

Najgorszy z możliwych prezentów. Nie tylko na święta. I tu już zupełnie serio. Prezent jest z zasady czymś uciesznym, sprawiającym jednoznacznie radość. Zwierzę to nie jest przyjemność, która ma niezobowiązująco cieszyć. Wręcz przeciwnie – to zobowiązanie. Nie podejmujcie go w emocjach i przedświątecznym szaleństwie.

A wy? macie swoje typy najgorszych prezentów?

 

***

Jak wiadomo, tendencje do dawania dziwnych prezentów mają głównie dziadkowie – sprawdź co możesz na to poradzić.

Zapraszam do mnie na FB oraz na Insta.

I do grupy rodziców bez spiny, gdzie można mieć własne zdanie i się mylić też można. (Ale nie można propagować przemocy. W żadnym wydaniu.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *