wychować dzieci

Czyli nie masz dzieci, ale myślisz, że o wychowaniu wiesz wszystko?

Kochany niedzieciaty! Droga niedzieciata!

 

Czyli wydaje ci się, że wiesz jak wychować dzieci? Że możesz oceniać rodziców na ulicy, w autobusie czy po obejrzeniu minutowego filmiku w internecie? Że masz prawo mieć własne zdanie? Oczywiście. Tak samo jak na temat kina uzbeckiego, dobrych praktyk programowania w Java albo kwantowej teorii pola. Możesz mieć zdanie, ale przecież nie wchodzisz w polemikę z fizykiem kwantowym, prawda?

Ja ciebie właściwie  rozumiem. Też taka byłam, identyczna. Miałam wiele teorii na temat wychowania dzieci, których twardo się trzymałam. Aż do dnia porodu.  Bo teorie mają to do siebie, że weryfikują się w zderzeniu z praktyką. Zaraz ci wyjaśnię, jak to się dzieje.

W pewien sposób oceniamy wszystkich ludzi, z którymi się stykamy. Jeśli w autobusie ktoś ustąpi miejsca staruszce, prawdopodobnie spotka się z Twoją aprobatą i pomyślisz: „równy gość”. Jeśli natomiast będzie darł japę przez telefon, to raczej stwierdzisz: „co za buc”. Nie potrzebujesz wchodzić w historię tego człowieka, jego życie, problemy, osobowość. Widzicie się raptem chwilę i na potrzeby tej chwili oceniasz go po tym, jak on się w danej chwili zachowuje. To samo z dzieciakami. Kiedy widzisz obce dziecko na ulicy, w tramwaju czy nawet dzieciaka kuzynki na urodzinach cioci Zosi, to oceniasz to dziecko w kontekście społecznym – na ile jest spójne z twoją wizją osobnika kompatybilnego społecznie. Jednak tu różnica jest taka, że razem z nim oceniasz rodzica. I jesteś przekonany, że zrobiłbyś to lepiej.

Jednak z jednej rzeczy nie zdajesz sobie sprawy. Gdy w rękach czujesz ciężar swojego własnego potomka to zaczynasz się zastanawiać, czy aby wymiar użyteczności społecznej  jest najważniejszy.

Bo owszem, chcesz wychować osobę, która będzie się dogadywać z ludźmi i przestrzegać podstawowych zasad współżycia. Ale także chcesz, żeby twoje dziecko potrafiło wynegocjować podwyżkę. Żeby potrafiło się obronić przed molestowaniem. Żeby miało odwagę łamać schematy i sięgać po swoje marzenia. Dziecko to nie pies, u którego szczytem wychowania jest pełna powtarzalność i przewidywalność zachowań w każdej sytuacji. Dziecko, jak każdy człowiek, musi umieć się przystosowywać i zmieniać swoje zachowania. I podejmować decyzje, także nieakceptowane przez otoczenie.

Zaczynasz myśleć nie jak uczestnik życia społecznego, ale jak rodzic tego jednego, niepowtarzalnego stworzenia. I nagle okazuje się, że agresywne tłamszenie emocji dziecka utrudnia osiągnięcie pewnych ważnych dla ciebie celów wychowawczych. Albo że twoje dziecko robi awanturę na środku ulicy nie dlatego, że jest rozwydrzonym bachorem, ale dlatego, że przechodzi ciężką adaptację w przedszkolu i jego układ nerwowy nie wytrzymuje. Albo że ciężko mu wytrzymać w kolejce sklepowej, bo jest po prostu głodne i żadne kary czy upomnienia tego nie zmienią, choćby skały srały. Prosty schemat „rozwydrzony bachor – wina rodzica” przestaje mieć zastosowanie. Proste rozwiązania: „stłamsić, zdusić, ukarać, zlać” przestają być tak atrakcyjne.

Niech zgadnę, co sobie myślisz. „Moi rodzice mnie tak wychowywali i żyję i mam się całkiem dobrze”.

Jasne. Twoi rodzice to z pewnością świetni ludzie. I ty też jesteś niczego sobie. Tylko wiesz co? Jak już trzymasz swoje dziecko w objęciach, to nie chcesz, żeby było takie jak ty. Chcesz, żeby było lepsze. Żeby żyło pełniej. Miało więcej odwagi. Sięgało dalej.

Poza tym powiem ci jedno – wiele rzeczy widziałam w życiu, ale wiesz czego jeszcze nie uświadczyłam? Mamy małego dziecka, która z pokorą przyjmowałaby wskazówki wychowawcze od swojej matki. Albo – jeszcze lepiej – od teściowej. Świat zmienia się tak szybko a my wiemy wiele więcej o rozwoju człowieka, niż wiedziały nasze mamy. Także nie wyjeżdżaj mi tu z metodami wychowawczymi sprzed dwudziestu czy czterdziestu lat. Ja moje dziecko wychowuję w  XXI wieku.

Ale zgadnij co? Nadal chcę wychować dzieci na uczestników życia społecznego. Potrafiących żyć między ludźmi. Tylko jeśli kiedyś znajdziesz się na moim miejscu, zdasz sobie sprawę z trzech rzeczy.

Po pierwsze, że metody, które wcześniej wydawały ci się takie super są tak naprawdę mocno wątpliwe.

Po drugie, że to jest proces. I jak każdy proces – trwa. Zajmuje czas. Trzeba w niego włożyć wysiłek. Doświadczasz trudności i regresów.

Po trzecie, że masz swoje ograniczenia. Że jesteś czasami nieludzko zmęczony. Znużony i zniechęcony. Że czasami nie znasz rozwiązania, uczysz się go dopiero podczas wielu prób. Że popełniasz błędy. I ostatnie, czego potrzebujesz to rady od osób, które nawet nie podejrzewają, z jak złożonym problemem się mierzysz.

Więc wymagasz, żeby dzieci nie uprzykrzały ci życia w miejscach publicznych?

Słusznie, masz do tego pełne prawo. Zresztą, ja też tak robię – jak wyjdę na samotną kawkę to nie mam ochoty słuchać drących się bachorów przy stoliku obok, jasna sprawa. Zachęcam cię jednak, żebyś nie oceniał/a tak szybko rodziców. Na podstawie tej jednej chwili. Tego mgnienia oka. A już na pewno powstrzymaj się od pouczania ich. Bo tak naprawdę gówno wiesz. Bez urazy.

***

Skoro już tu trafiłeś/aś to koniecznie sprawdź, czy przypadkiem nie odnajdziesz się na mojej liście dobrodoradzaczy albo internetowych troli. Z przymrużeniem oka. Tak jakby.

Zapraszam do mnie na FB oraz na Insta.

I do grupy rodziców bez spiny, gdzie można mieć własne zdanie i się mylić też można. (Ale nie można propagować przemocy. W żadnym wydaniu.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *