mikołaj

Ostateczne rozwiązanie kwestii Mikołaja

Świat rodziców dzieli się na dwie części – tych, co swoje dzieci uświadamiają i tych co nie uświadamiają. Na temat Mikołaja, rzecz jasna.

O ile dobrze pamiętam, ja przekonałam się, że Mikołaj nie istnieje jak miałam około 6 lat. Rodzice wysłali mnie i mojego przyrodniego brata na „poszukiwanie Mikołaja”. Zimy wtedy były jeszcze białe;) Brnęłam więc przez zaspy, szukałam, wyglądałam i paplałam M. cały czas o tym Mikołaju, aż ten w końcu zniecierpliwiony powiedział: „Nie ma żadnego Mikołaja, rodzice nas wysłali z domu, żeby prezenty z szafek przełożyć pod choinkę”. -„Acha” – odpowiedziałam. I już. Żadnego płaczu, rzucania się na ziemię i traumy. Raczej nieprzyjemne zdziwienie.  W kolejnych latach świetnie się bawiliśmy przeszukując z M. szafki rodziców przed świętami, żeby zobaczyć swoje prezenty. I często gęsto znajdowaliśmy 😉 Znajdowaliśmy też inne rzeczy, które z pewnością nie były dla nas przeznaczone, ale ja dziś nie o tym.

Żeby podejść do tematu Mikołaja na serio postanowiłam z grubsza zebrać argumenty obu stron a na koniec dzielę się  moim sposobem na pogodzenie wszystkiego.

Promikołajowcy

Mikołaj to uroczy acz zasadniczy staruszek, który odwiedza dzieci raz w roku na gwiazdkę. Rozdaje prezenty, które znalazły się w listach wcześniej do niego pisanych – jednak daje je jedynie grzecznym dzieciom. Te niegrzeczne dostają rózgi, w końcu jakaś sprawiedliwość musi być. Wchodzi przez komin, kiedy nikt nie widzi albo dołącza do kolacji wigilijnej. Wtedy wysłuchuje każdego dziecka – czy  było grzeczne, czy się słuchało i na koniec jeszcze jakiś wierszyk czy piosenka. Dobre dzieci dostają swoje upominki i są absolutnie przeszczęśliwe z takiego oto magicznego spotkania.

Mówimy naszym dzieciom, że Mikołaj istnieje i przebieramy za niego co roku wujka Zenka, bo Mikołaj = dzieciństwo. Jest to element magiczny, wprowadzający słodką niepewność i atmosferę niespodzianki do każdego domu. Mikołaj to w końcu prawdziwe dzieciństwo, magia świąt i nieodłączny towarzysz naszych szczenięcych lat. Piękno pacholęctwa zaklęte w tradycji. Wzbudza niesamowite emocje, sprawiając, że czekanie na święta jest absolutnie wyjątkowe. I zabieranie go dzieciom jest niemalże okrucieństwem. Dzieci czekają na niego, pieczołowicie pisząc listy (nauka pisania, rysowania i decydowania o swoich potrzebach), dekorując dom (zdolności manualne i estetyczne) i ucząc się wierszyków (ćwiczenie pamięci).

Dodatkowo niesie ze sobą fantastyczne możliwości wychowawcze, gdyż wiadomo ile obowiązków jest przed świętami a postraszenie Mikołajem bardzo korzystnie wpływa na chęć potomstwa do współpracy w kwestii czystego pokoju i odwieszania kurtek na haczyki. Przy okazji można również wypomnieć kilka największych wybryków z zeszłego roku i potrzymać latorośl w niepewności aż do samego końca patrząc jak wije się na samą myśl o karzącej rózdze sprawiedliwości. Może pomyśli w przyszłym roku.

Oczywiście kiedyś dziecko orientuje się, że to kłamstwo, ale bez przesady – jak świat światem rodzice kłamali dzieciom w tej czy w innych sprawach. Nam też i jakoś żyjemy.

Antymikołajowcy

Dla dziecka Mikołaj to stary obcy dziad w dziwacznym ubraniu, który nie wiedzieć czemu jest uprawniony przez rodziców do oceniania ich zachowania. Do decydowania o tym kto był grzeczny (jedno z moich ulubionych słów) a kto dostanie wpierdol… to znaczy przepraszam, rózgę. Dziecko nie ma prawa do żadnej prywatności ponieważ ten zboczony facio wie o nim wszystko i nic się nie ukryje, zna dziecięce uczynki, myśli i emocje. Dlatego należy w pełni mu się podporządkować i schować swoje „ja” do kieszeni. Teoretycznie chodzi tylko prezenty (czyli nauka konsumpcyjnego stylu życia i patrzenia na siebie poprzez pryzmat rzeczy doczesnych), ale w praktyce cała otoczka związana z Mikusiem to jedno wielkie ocenianie i wywieranie presji na dziecko, które przecież traktuje sprawę dosłownie. Cała legenda o świętym Mikołaju przepięknie wpisuje się w trend wychowawczo-edukacyjny, który powstał na potrzeby tresowania nowych pracowników dla fabryk w XIX w. (Tak samo zresztą jak nasz system oświatowy, ale o tym innym razem)

Uczy dzieci głównie tego, że jeśli ktoś ma nad nami przewagę materialną to należy się go bać, słuchać, pozwalać brać się na kolanko i siedzieć spokojnie jak szepcze do ucha: „byłaś grzeczna w tym roku? na pewno…?bo jeśli nie… to będę musiał dać ci rózgę…”. Jak również uczy tego, że jeśli się na serio przestraszą, nie chcą być tak traktowani i w związku z tym rozpłaczą i powiedzą rodzicom – to rodzice się z tego będą śmiali i zachęcali, żeby jednak poszli do pana na kolanko. I w ogóle banie się i niechęć do bycia dotykanym przez obcego dziada jest ogólnym powodem do radości dla całej rodziny.

A na sam koniec zgniła wisienka na zepsutym torcie – wszystko opiera się na systemowym, wieloletnim okłamywaniu dziecka nie tylko przez rodziców, ale przez wszystkich bliskich dorosłych. I w  momencie, gdy dziecko się orientuje jest stracone dla świata. Zerwana zostaje odwieczna mityczna więź zaufania łącząca matkę z potomstwem. Następuje odwrót od rodzinnych wartości i poddanie w wątpliwość wszystkiego, czego się od rodziców dowiedzieli.

Złoty środek

Jak to zwykle w życiu bywa – prawda usadziła swoje dupsko gdzieś pośrodku. Dlatego i ja postarałam się wymyślić dla nas kompromisowe rozwiązanie.

Zauważyliście, jak dzieciaki się bawią? Bawią się jakby świat nie miał końca. Jakby nie było jutra. I chociaż mają do dyspozycji jedynie wałek od ciasta, dwa krzesełka i rolki po papierze toaletowym, to dla nich jest pełnoprawna lokomotywa i spróbuj stwierdzić inaczej:P

Dzieciaki zupełnie niż my widzą rzeczywistość. Ich emocje działają na innych zasadach. Potrafią się cieszyć naprawdę, bezwarunkowo i zupełnie niezgodnie z zasadami zdrowego rozsądku, nawet jeśli tak naprawdę wiedzą, że to tylko zabawa. W końcu na tym polega dzieciństwo. Dlatego można jednocześnie dziecko uświadomić i sprawić, by się świetnie bawiło:)

Co roku przed świętami opowiadam Pierwszemu prawdziwą historię świętego Mikołaja. A także o tym, jak w końcu stał się symbolem popkultury. Przy okazji zahaczam o zgubny wpływ reklam na nasze życie:P A na koniec opowiadam dokładnie całą legendę – tę współczesną – o Mikołaju (razem z grzecznymi dziećmi, listami, elfami i wszystkim) i mówię mu, że w święta wszyscy się bawią w św. Mikołaja. I dorośli i dzieci. I my również.

A potem jedziemy z tym koksem. Piszemy listy, dekorujemy dom, pieczemy ciasteczka dla Mikołaja. Oglądamy filmy, chodzimy na przedstawienia, czytamy świąteczne historie. A nawet i wujka Zenka przebieramy! Żarcik, nie mamy wujka Zenka. Za Mikołaja w zeszłym roku robiła Babcia D., bo tylko ona zmieściła się w strój. Dawno i długo potem się tak nie ubawiłam.

Możecie mi wierzyć, informacja, że Mikołaj nie istnieje w niczym Pierwszemu nie przeszkadza.
Mamy i prawdę i magię świąt.

Ho ho ho!

 

***

Jeśli z nostalgią wspominasz swoje dziecięce lata, koniecznie zajrzyj do wpisu o latach 80tych i 90tych.

Zapraszam do mnie na FB oraz na Insta.

I do grupy rodziców bez spiny, gdzie można mieć własne zdanie i się mylić też można. (Ale nie można propagować przemocy. W żadnym wydaniu.)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *