wywierają presję

3 rzeczy, które wywierają presję, choć nawet o tym nie wiesz.

Presing, presing wszędzie

Teściowa, mamusia, reklamy w tv, magazyny dla mam, fora internetowe, kluby mamusiek, znajome z ławeczki na placu zabaw, przypadkowo spotkany bezdzietny znajomy wracający z imprezy z przekrwionymi oczami i bananem na twarzy… i wiele, wiele innych. Zresztą, kiedyś nawet się pokusiłam o ich klasyfikację. Jeśli tylko w obrębie Twojej aury znajdzie się którekolwiek z powyższych – wiesz, że będzie dym. Wcześniej czy później pojawią się czyjeś oczekiwania i Twój wkurw. Uwagi, szpile, sugestywne pytania, odnośniki do jakże interesujących historii (aaaa kobiety w erze kamienia łupanego to rodziły na kamieniu a potem brały noworodka pod jedną pachę, kija pod drugą i szły zbierać chrust na ognisko odganiając się od tygrysów szablozębnych. Czasem im się pierdolło i zamiast kijem odganiały noworodkiem. Wszyscy żyli i byli szczęśliwi.)

I oczywiście, jest to irytujące. Oczywiście, chciałoby się tak po prostu porozmawiać o dzieciach, nawet się trochę pożalić i nie słyszeć tych wszystkich światłych rad. Oczywiście, ma człowiek czasem dość, chciałby opuścić gardę i przestać się tak cały czas bronić. Ale spójrz na to w ten sposób – jeśli wiesz jak się bronić, to nie jest źle. Jeśli nie wiesz jak, ale chociaż wiesz przed czym – też jest jeszcze ok.

Czasami jednak te oczekiwania są tak sprytnie skonstruowane, że nawet nie zauważasz, kiedy poddajesz się presji. Niby nic. Niby wszystko ok. A jednak, po troszeczku, po kawałeczku – stajesz się coraz mniejsza. Nie jest łatwo stawić czoła problemowi, gdy nawet nie zdajesz sobie sprawy, że istnieje. Dlatego dziś – o trzech rzeczach, które kiedyś wywierały na mnie presję, choć o tym nie wiedziałam. Ciekawa jestem, czy odnajdziesz w tym kawałek siebie. Lecimy.

1 Rodzicielstwo bliskości.

Sprawa jest prosta. Jeśli komuś nie po drodze z Rodzicielstwem Bliskości, to wszystkie te strony, profile, fora, książki bliskościowe wydają mu się lekkim oszołomstwem. Wrzuca to sobie lekko do szufladki: „wychowanie bezstresowe, nie otwierać!” i żyje dalej, nie bardzo przejmując się tego typu oczekiwaniami.

Gorzej, jeśli zajrzy się troszkę głębiej – jako i ja uczyniłam. Nagle okazuje się, że RB i wychowanie bezstresowe to dwie różne rzeczy (choć wbrew pozorom łatwo je pomylić i wielu rodzicom „bliskościowym” się to zdarza!). I wpadłam jak śliwka w likier, gdyż wychowanie w szacunku do podmiotowości dziecka i własnej to jest to, co matka maruda lubi najbardziej.

Ale potem zagłębiłam się. W strony internetowe. W fora, publikacje, dyskusje, memy, grafiki, grupy. I nagle, zupełnie nie wiedzieć czemu, zamiast być bliższa zaczęłam być bardziej napięta. Zirytowana. Osaczona. Po jakimś czasie zaczęłam czuć, że główną emocją, która mnie wypełnia, są… wyrzuty sumienia. Bo zawsze robiłam coś za mało. Rodzicielstwo bliskości naucza o równowadze. Ale portale/strony o RB tę równowagę zaburzają.

Żeby nie być gołosłowną, wrzucam selekcję z 20 pierwszych tytułów na dziecisawazne.pl: „jedzenie daktyli ułatwia poród”, „dlaczego warto uczyć się w szkołach alternatywnych”, „8 dowodów na to, że chusta ułatwia podróżowanie”, „karmienie piersią wzmacnia poczucie wiary we własne siły”, „Angielski to nie tylko zabawa (korzyści z nauki języka do lat 3)”, „Noszenie dzieci rozwiązuje codzienne problemy rodzicielskie”.

A kiedy już uwierzysz,
że po zjedzeniu daktyli urodzisz w 3 minuty (bo poród to takie budujące, pięknie doświadczenie),
że należy napinać budżet, żeby dzieci uczyć angielskiego w nurcie Montessori,
że bez chusty nie ma podróży a bez podróży nie ma rodzicielstwa,
że karmienie piersią czyni cię matką oraz
że jeśli masz jakikolwiek problem przytul dziecko (w myśl hymnu Rodzicielstwa Bliskości – „weź nie pytaj, weź się przytul”) i najlepiej nie puszczaj nigdy, bo to źle wpływa na rózwój jego delikatnego mózgu

– kiedy już w to wszystko uwierzysz, okazuje się, że zamiast być szczęśliwa – jesteś przeciążona. To, co jest pokazywane w publikacjach jako „wzór bliskości” jest przeogromnie, bezsensownie obciążające.

Nie zrozumcie mnie źle – ja nadal tulę nurt RB. Jaram się. Czytam, dokształcam. Lubię to. Ale z dystansem, ludzie, z dystansem.

2 Blogi parentingowe

Miałaś tak kiedyś, że wchodziłaś na jakiegoś bloga -> czytałaś -> było fajno -. ale potem wyszłaś – i nie wiedzieć czemu, trochę gorzej się poczułaś? Jakoś takoś podirytowana byłaś? Jakoś Ci się mniej Twoje życie podobało? Piąteczka, witaj w klubie.

Bo w większości przypadków blogi i instagramowe profile pełne są ocen, ukrytej agresji, presingu i – co tu dużo gadać – fałszu. Sztucznego porządku na potrzeby kadru. Wyretuszowanych zdjęć. Wymyślonych, clickbaitowych historii. I zjawiska, które mnie osobiście doprowadza do szału: lukrowego narzekania na macierzyństwo.

Pisze ci taka dziumdzia, że macierzyństwo to nie je bajka. Że zmęczona, że kawa zimna, że do toalety nie da rady. Że ciężko, że słabo i źle. Czyli pisze to, co większość z nas czasami myśli. Ale ale! Kiedy Ty już uwierzysz i zidentyfikujesz się z jej sytuacją, zjeżdżasz na dół a tam, do tego tekstu – sesja zdjęciowa. Ona, cała na biało i jej czyste, uczesane, uśmiechnięte dzieci robią noski noski. Noż kurwa ja pierdolę – półświadomie przebiega Ci przez łepetynę. To ona ma tak samo słabo jak ja, a tak daje radę? W domu porządeczek, dzieci zaopiekowane i się jeszcze bawi z nimi w kupie suchych liści zamiast się wkurwiać, że się uwalą a w domu 4 stosy prania + boję się otworzyć szafę, bo prasowanie mnie przygniecie??? To co jest ze mną nie tak???

Nic. Po prostu nie udajesz, tyle.

3 Ja sama

Ja sama. Ty sama. Jesteśmy swoimi najgorszymi wrogami. Wmawiamy sobie, że musimy coś robić. „No ale ja naprawdę MUSZĘ.”

MUSZĘ wyjechać z dziećmi na wakacje za granicę (najlepiej w przyczepie kempingowej, pffff).
MUSZĘ wysłać je do prywatnego przedszkola (bo przecież w publicznym są kary i krzyczą na dzieci).
MUSZĘ robić z dziećmi prace plastyczne (bo przecież to podstawa rozwoju logiczno-matematycznego i jeśli tego nie zrobię to nigdy nie zostanie geniuszem! o zgrozo!).

Wiecie, ile czasu miałam wyrzuty sumienia, że nie umiem Pierwszemu zaproponować fajnych zabaw plastycznych? Wiecie, ile robiłam mas, z których wyszłyby zajebiste kluski śląskie, ale ni cholery nie nadawały się do lepienia figurek?  (Co jest dość śmieszne, bo jak próbuję zrobić kluski śląskie, to wychodzą jak kamień :|) Pier-dy-liar-dy. Mam dwie lewe ręce i zero pomysłów. Nie chce mi się. Nie lubię tego. Nie będę i już. Ma to w przedszkolu. NARA. Nie przeszkadza mi to podziwiać mam, które chcą, robią, tworzą, lubią. Niech robią, a ja kończę na podziwie.

To samo z wieloma innymi aspektami macierzyństwa, które kiedyś wydawały mi się takie ważne, a teraz uczciwie się przed sobą przyznaję: nie lubię tego robić. Nie narzucam sobie oczekiwań, że będę lubić. Po prostu robię to, co mnie jara. Zamieniłam MUSZĘ na CHCĘ. Wszyscy żyją i mają się dobrze ;-D

No. I tak to wygląda.

Gdy pokusiłam się o  głębszą analizę, to doszłam do wniosku, że największą presję wywierają te oczekiwania, z którymi się IDENTYFIKUJEMY. Które uważamy za swoje. Dlatego – dobra rada, którą dałam sobie samej, to i wam dam, a co! – staram się mieć uszy i oczy otwarte.

Słuchać różnych opinii, nie tylko tych, które są zgodne z moją.

Nie napinać się na mojszą rację.

Wątpić, pozwalać sobie na błędy i dawać prawo do zmiany opinii.

A Ty? Dajesz sobie czasem luz, cofasz się czasem o kroki i patrzysz krytycznie na to, w co wierzysz?
Bo masz prawo, wiesz?

***

Zapraszam do mnie na FB oraz na Insta.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *